Cena: 60,00 zł = 30,00 zł
ISBN: 978-83-973586-4-5 (e-book)
Wydanie papierowe wydane jest przez Stowarzyszenie Pisarzy Polskich oddział Kraków.
Kraków jest wielkim magazynem pamięci. Trzeba tylko umieć otworzyć właściwe szuflady. Autorka otwiera je w tej właśnie książce. Powracają ludzie, których już nie ma, ale bez których Kraków byłby innym miastem: Wisława Szymborska, Jerzy Harasymowicz, Jerzy Nowosielski, Jerzy Vetulani, Maciej Słomczyński, Marta Stebnicka, Julian Antonisz, Adam Włodek i Kazimiera Treterowa. Nie jako nazwiska z encyklopedii ani spiżowe postacie z jubileuszowych akademii. Wracają żywi — ze swoim głosem, gestem, dowcipem, słabościami i tajemnicami.
„Prosto z pamięci” to jednak znacznie więcej niż kronika krakowskiego środowiska artystycznego. To także intymna opowieść o rodzinie, przyjaciołach i ukochanych, o spotkaniach, które z czasem nabierają nowego znaczenia, oraz o chwilach pozornie błahych, po latach okazujących się najważniejszymi. Autorka nie buduje pomników. Ocala drobiazgi — a wraz z nimi ludzi i świat, który bez jej opowieści zniknąłby bezpowrotnie.
Jest w tej książce Kraków literacki i prywatny, poważny i anegdotyczny, pełen kawiarni, rozmów, wierszy, sporów oraz przypadkowych spotkań. Jest również historia widziana nie z wysokości wielkich wydarzeń, lecz z perspektywy człowieka, który przez nią przechodził, kochał, tracił i zapamiętywał.
To książka czuła, lecz pozbawiona sentymentalnego lukru. Mądra, dowcipna i chwilami bolesna. Przypomina, że człowiek żyje tak długo, jak długo ktoś potrafi o nim opowiadać. Elżbieta Zechenter-Spławińska opowiada o swoich nieobecnych prosto z pamięci — a przywraca ich także naszej.
Recenzja:
Wspomnienia Elżbiety Zechenter-Spławińskiej są książką o obecności tych, których już nie ma. Nie biografią, nie kroniką środowiskową, nie albumem zasłużonych postaci Krakowa, lecz czymś znacznie ciekawszym: prywatną mapą pamięci, na której ludzie, miejsca, głosy, psy, mieszkania, kawiarnie, pracownie, szpitale, pociągi i cmentarze tworzą jedną, żywą opowieść. (Janusz Paluch, „Kraków i Świat”)
Fragment:
31 stycznia 1945 roku, w nieogrzewanej Sali Teatru Starego przy ulicy Jagiellońskiej w Krakowie, odbył się pierwszy literacki – po wypędzeniu Niemców – poranek. Na scenie wystąpili poeci, którzy przeżyli wojnę, a wiersze nieobecnych czytali młodzi aktorzy. W teatrze było dwoje przyszłych Noblistów z dziedziny literatury, ale wtedy nikt o tym nie wiedział. Trwała jeszcze wojna, ale nie tu. W Krakowie, ludzie padali sobie w objęcia, ciesząc się z odzyskanej wolności (pamiętam dzień 18 stycznia, ulicę Grodzką, szłam z Rodzicami i ten entuzjazm widziałam na własne oczy). Jezdnią płynął tłum, ludzie śmiali się, krzyczeli. Miałam dziewięć lat i pół, byłam na tyle dorosła, żeby rozumieć, co widzę i brać udział w zbiorowej, całkowicie spontanicznej manifestacji. Sala teatru wypełniona była do ostatniego miejsca, od parteru po „jaskółkę”. Siedziałam przytulona do Mamy, na jednym fotelu, w płaszczu. Mój Tata czytał wiersze, więc byłyśmy bardzo przejęte. Każdy z poetów coś jeszcze mówił, parę słów, pewnie o sobie, o tym co przeżył. Zapamiętałam występ jednego z nich i wiersze, jakie czytał. Pierwszy był o grajku warszawskim, który gra pustym domom i „piętrom bez żywych”, a na pytanie „komu ty tak grasz?”, odpowiada: „tobie gram, najpiękniejsze z urojonych miast i najsmutniejsze z prawdziwych”. Drugi wiersz mówił, że „innego końca świata nie będzie”, innego prócz tego, jaki właśnie przeżyliśmy. Poeta był pięknym, dość jeszcze młodym mężczyzną i nazywał się Czesław Miłosz. Na widowni siedziała dziewczyna, miała dwadzieścia jeden lat, pisała wiersze, ale nie wiedziała, czy są coś warte. Przyszła z grupą przyjaciół, doradzili jej, żeby pod tym kątem przypatrzyła się występującym. I padło na mojego Tatę. Po wielu latach tak mi o tym mówiła (nagrywałam za zgodą Wisełki, było mi to potrzebne do książki o Ojcu):
„Miałam tam już napisanych kilka wierszyków …To znaczy, dla ścisłości, zawsze marzyłam o tym, żeby pisać grube powieści i miałam nawet jakieś opowiadanie, oczywiście okropne, ale miałam też parę wierszy. A moi przyjaciele radzili: idź, pokaż to gdzieś, komuś. I jak zobaczyłam Witolda Zechentera, wydał mi się jakiś taki…. Najbardziej ….no, że można do niego pójść i pokazać mu te wiersze, z tym, że tak sobie wtedy powiedziałam: dobrze, jak już mnie wypychacie z tymi wierszami, to ja pierwszy i ostatni raz idę! Nigdy więcej – jeżeli się to nie uda, to ja i tak będę miała inne zajęcia i już moja noga nie stanie w żadnej redakcji. I tak sobie powiedziałam, co mi dodało trochę sił, wiesz, żeby pójść raz jeden, jedyny. No i rzeczywiście dotarłam jakoś tam, to było Wielopole, «Dziennik Polski».”
Produkt zostały dodany do koszyka
Twój koszyk
Twój koszyk jest pusty.
Łącznie: 0,00 zł