ISBN: 978-83-973586-8-3
Stron: 220
– z odręcznym autografem autora oraz dodatkiem kolekcjonerskim (numerowana zakładka książkowa).
*
Wydarzenie jesieni!
Zwłaszcza dla tych, którzy chcą doczytać to, czego w Trylogii nie ma, by zobaczyć jak wiele w dzisiejszej Polsce jest z dawnych emocji.
Książka będzie dostępna do kupienia tylko w sklepie PanaceumStudio.pl.
Cena obejmuje dostawę tylko na terenie Polski (w sprawie wysyłki za granicę proszę pisać na adres: info@BeresMedia.com).
129 zł = 64 zł
Premiera – 10 listopada 2026 roku
W przedsprzedaży, tylko od 1 września do 15 października — książka za pół ceny!
STRESZCZENIE WYDAWCY
Rok 1666. Rzeczpospolita przeciwko Rzeczpospolitej. Między „Potopem” a „Panem Wołodyjowskim” Sienkiewicz pozostawił kilka lat ciszy. To właśnie w tej luce rozegrał się dramat, o którym nie opowiedziała Trylogia — rokosz Lubomirskiego i bitwa pod Mątwami, jedna z najkrwawszych bratobójczych walk w dziejach dawnej Rzeczypospolitej. W starciach oczywiście biorą udział Skrzetuski, Wołodyjowski, Kmicic i Zagłoba – po stronie króla, ale bardzo niechętnie.
Król chce wzmocnić państwo i przeprowadzić reformy. Opozycja oskarża go o zamach na wolność. Magnaci bronią własnych interesów, obce dwory podsycają konflikt, propaganda zastępuje rozmowę, a każda ze stron przedstawia przeciwników jako zdrajców ojczyzny. Wreszcie Polacy stają naprzeciw Polaków z szablami w dłoniach. Pod Mątwami giną tysiące żołnierzy — nie z rąk Szwedów, Moskali ani Turków, lecz własnych rodaków.
Brzmi znajomo?
„Mątwy. Przemilczany rozdział Trylogii” to opowieść o Polsce, która bardziej pragnęła pokonać samą siebie, niż ocalić wspólne państwo. O politycznych ambicjach, ślepej lojalności, nienawiści podsycanej słowami i zwycięstwie, po którym przegrani byli wszyscy.
Historia z 1666 roku niepokojąco odbija się w Polsce współczesnej: znów dzielimy się na dwa wrogie obozy, odmawiamy przeciwnikom prawa do patriotyzmu i coraz częściej traktujemy kompromis jak zdradę. Mijają stulecia, zmieniają się stroje, hasła i narzędzia walki. Mechanizm pozostaje ten sam.
To książka historyczna, ale zarazem ostrzeżenie skierowane do nas — tu i teraz. Bo zanim Rzeczpospolita upadła pod ciosami sąsiadów, nauczyła się prowadzić wojnę sama ze sobą.
FRAGMENT KSIAZKI
Tymczasem pochód królewski posuwał się wolno. Na koniec zaś, gdy duchota już się rozbudziła, a muchy tak cięły, że konie rzucały nerwowo głowami, stało się coś, czego najbardziej obawiali się ci, którzy wszędzie znaki złe upatrywali. Oto kareta królewska zakołysała się nagle na źle ubitej drodze, osiadła jednym bokiem w błocie, potem drugim, aż stanęła całkiem, przekrzywiona, z kołami w grzęzawisku. Podążające za nią wozy natychmiast naparły, przód stanął, środek się zwarł i cały pochód zatrzymał się w kurzawie, parze, wrzawie i przekleństwach. Wówczas jedni rzucili się do lin, drągów i łopat, drudzy do kół, trzeci do koni, lecz pomiędzy żołnierzami zaraz rozszedł się głuchy pomruk:
– Zły to znak.
I snadź nigdy jeszcze tak drobna przeszkoda na drodze nie zaciężyła tak bardzo na sercach ludzkich, jak owego lipcowego dnia Roku Pańskiego 1666.
– Wybrał się tedy król jegomość szczęśliwie z królową jejmością, z fraucymerem i z całym dworem na tę wojnę – rzekł Onufry Zagłoba, kołysząc się w siodle jak łódź na spokojnej wodzie. – I tak właśnie należało, żeby do gonionego tańca były w pogotowiu i damy, bo to nie wojna jest, sed potius saltatio, gdzie my gonimy, nie goniąc, a oni uciekają, nie uciekając. Wygląda na to, iż ani stronie królewskiej, ani związkowej wielkiej ochoty do bratobójczej rozprawy nie staje.
Śmiał się przy tym, aż mu wąsy podrygiwały, a oczy błyszczały figlarnie, jakby nie na wojnę jechał, jeno na wesele. Mości Zagłoba humor odzyskał taki, jaki miewał za najlepszych swoich czasów. Wojaczka znów odmłodziła starego szlachcica. Nuda domowego życia bardziej mu bowiem dokuczała niż wszelkie niewygody obozowe.
Miesiąc wcześniej wojska królewskie, wsparte chorągwiami Sobieskiego, ruszyły z Warszawy ku Błoniom, gdzie rozbito obóz. Stamtąd zaś rozpoczęła się letnia wyprawa przeciw rokoszanom. Był to już drugi rok wojny domowej, którą jedni rokoszem Lubomirskiego, drudzy zaś obroną szlacheckich wolności nazywali – wojny, której żadna ze stron nie pragnęła wyznać otwarcie, a od której żadna nie umiała już odstąpić. Teraz zaś królewscy postanowili wreszcie dopaść rokoszan, mieniących się związkowcami. Po tamtej stronie także dojrzewało znużenie wojną podjazdową, więc powszechnie spodziewano się, iż około połowy lipca dojdzie wreszcie do walnej rozprawy, najpewniej gdzieś na Kujawach, może pod Inowrocławiem. I jakoż wszystko ku temu zmierzało.
Produkt zostały dodany do koszyka
Twój koszyk
Twój koszyk jest pusty.
Łącznie: 0,00 zł